Między Nami Słuchaczami #4: O (wyższych) formach
U Artystów (nie tylko w muzyce) szukam poczucia, że obcuję z czyjąś wyobraźnią w jej najlepszej formie. Uświadomiłem to sobie końcem ubiegłego tygodnia, kiedy słuchałem dwóch znakomitych premier albumowych.
Są takie dzieła, w których czuć pewien rodzaj mentalnego błysku, kiedy utwór (muzyczny, literacki filmowy, wszystko jedno) zdaje się płynąć naturalnie w zjawiskowej formie: kiedy doświadczasz dzieła i masz poczucie, że jego elementy układają się misternie w coś wielkiego, a jednak całość emanuje niezwykłą swobodą i (w przypadku muzyki) jest w niej mnóstwo powietrza.
Z braku laku w polskim słownictwie jest jedno angielskie słowo, które to opisuje:
flow.
Jakoś tak wyszło ,że dwie z trzech płyt na które czekałem z ciekawością (nie mam w zwyczaju oczekiwać albumów, kiedy tyle tego jest, serio), miały premierę tego samego dnia. O ile Anthony Gonzalez (M83) po spadku formy sprawił miłą niespodziankę tworząc album chyba podsumowujący w ładny sposób jego karierę, tak w przypadku The Avalanches i Fontaines D.C. jest inaczej. Tu nie ma podsumowania, jest flow, historia się toczy! I to jeszcze jak! Serce roście kiedy tego słucham i po tak długiej przerwie mam ochotę pisać.
Nie ma większego znaczenia, że po dobrym We Will Always Love You The Avalanches mają formę zwyżkową nagrywając album jeszcze lepszy od udanego poprzednika, a Fontaines D.C. po najlepszym albumie ostatnich lat, jakim jest w mojej opinii Romance, nieco ustępują poziomem temu znakomitemu albumowi. Czy Neon Bible przestaje być świetnym albumem tylko dlatego, że wcześniej Arcade Fire nagrali wybitne Funeral? Część wykonawców w całej karierze nie zbliży się przecież do poziomu drugiej płyty Arcade Fire.
Sam nie wiem, który z tych ubiegłopiątkowych albumów jest w swojej klasie lepszy, bo nie mogę się zdecydować, którego słuchać.
W obu przypadkach CZUĆ, że chłopaki na obecnym etapie swojej twórczej drogi dali z siebie wiele i bardzo wiele potrafią. To rodzaj doświadczonej twórczości, kiedy można świadomie bawić się formą w celu osiągnięcia najlepszego efektu. Dla słuchacza to jest prawdziwy skarb. Jest serducho w tych albumach i coś w rodzaju niewymuszonej wielowarstwowości. Oni wiele potrafią właśnie teraz. Za kilka lat ta twórcza swoboda może nadal im towarzyszyć – ale wcale nie musi.
Dziś nie będę się rozwodzić, jakie te albumy mają brzmienie, bo to jak porównywać np. uroczą kameralną restaurację do festiwalu Tauron, średnio widzę w tym jakiś sens – i nie, nie była to alegoria.
Dziś chciałem się podzielić tylko tym: niesamowite jest obserwowanie Artystów w ich wielkiej formie (the Avalanches, Fontaines D.C.), ogarnia mnie też wzruszenie kiedy Artysta (M83) czule podsumowuje swój dorobek, subtelnie przywołując ducha twórczości Oneohtrix Point Never i Tima Heckera.
Fajnie być tego nausznym świadkiem.

