Moby – Future Quiet (Recenzja)

Future Quiet to gargantuiczna płyta, niepozbawiona jednak reinterpretacji kilku wydanych wcześniej utworów. Na swoim dwudziestym trzecim albumie muzyczny weteran Richard Melville Hall łączy własną stonowaną wrażliwość z obrazowością Emancipatora i melancholijno-kontemplacyjnym wysublimowaniem Ryuichiego Sakamoto. Ta z pozoru minimalistyczna płyta wymierzona jest w smutny i refleksyjny efekt. Czy Moby’emu udaje się zatrzymać uwagę słuchacza przez tak długi okres czasu?

Album rozpoczyna się reinterpretacją jednego z klasycznych utworów producenta: pierwotna wersja kompozycji When It’s Cold I’d Like to Die wykorzystana została w finalnym sezonie Stranger Things. Ta nowa, pozbawiona sennego rozmycia, wydaje się bardziej klarowna, ale też pozbawiona pewnej tajemnicy. Dopiero intonowany przez Moby’ego This Was Never Meant For Us ustawia gorzko-tęskny nastrój płyty.

Koncept nowej płyty Moby – Future Quiet



Muzyka na Future Quiet w większości oparta jest na minimalistycznych partiach pianina i smyczkach.  Posiada jednak zrywy brzmieniowego przepychu. Znajdziemy tu bowiem charakterystyczne dla producenta chwile patetycznych kulminacji, gdy dźwięki stają się głośniejsze i o wiele bardziej zagęszczone. Okresy, w których brzmienie syntezatorów stapia się z organicznym instrumentarium, są emocjonalnie bogate i piękne. To płyta wzruszającego patosu, w którym melancholia miesza się z nadzieją.

Moby nie ustrzegł się na tej płycie potknięć – te najbardziej minimalistyczne okresy albumu, w których gra wyłącznie pianino, zdają się zbyt surowe i pozbawione muzycznej puenty. Są na Future Quiet obszerne fragmenty zbyt rozwleczone, by nazwać je emocjonalnymi.

Co w szczególności warto przesłuchać?


Na tej obszernej płycie znajdziemy jednak wiele celnych trafień. Na Future Quiet Moby najbardziej porusza, gdy tworzy ambientowe kolaże z patetycznymi kulminacjami.

Retreat zmiękcza serce rozczulającą tęsknotą: to utwór, w którym nieustannie powtarzany sampel ze słowem „Home” napędza smyczkowe emocje. Mimo powtarzalności jednego słowa nie czuć tu jednostajności czy nachalności. Słuchając, mam wrażenie, że to jedno słowo nadaje emocje organicznemu instrumentarium. Na podobnej zasadzie i równie skutecznie działa Mott St 1992. To kompozycja, w której do sampla dodawane jest klasyczne instrumentarium. Mieszane jest ono stopniowo z intrygującą syntezatorową melodią. To utwór w stylu Emancipatora z okresu Safe in the Steep Cliffs, ze słyszalnym stemplem Moby’ego. Mamy też jeden z najsmutniejszych, ale i pięknych utworów na albumie. Le Vide to kompozycja, w której wokalny chór nadaje przestrzeni i pogłosowości. Instrumentarium jest emocjonalne w iście filmowy sposób. Producent prowadzi przez emocje ciężkie i trudne. Zamykający płytę The Opposite of Fear przywodzi na myśl swoją senną zwiewnością dokonania Vangelisa, a melodyjna struktura utworu kojarzy mi się z ambientowymi dokonaniami Briana Eno.

Podsumowując:

To raczej nie jest wielka płyta, za to z pewnością jest ona ambitna. Jest to materiał, który kupuje mnie w całości obszernymi fragmentami. Są też tutaj fragmenty mnie odstręczające. Przy tak długim czasie trwania trudno o brak potknięć. Zdecydowanie zapamiętam tę płytę z uwagi na jej pozytywy – w końcu słabsze kompozycje łatwo jest pominąć.


Utwór: Mott St 1992
Album: Future Quiet
Producent: Moby (Richard Melville Hall)
Kraj pochodzenia: USA (Nowy Jork) (obecnie mieszka w Los Feliz w stanie Kalifornia)
Wytwórnia: BMG
Gatunek: Ambient, Minimalism, Modern Classical
Sprawdź: Daphni – Butterfly
Światowa data premiery:
20 lutego 2026

Dobry! - 72%

72%

Warto!

To dobra (choć za długa) płyta. Gdy Moby ryzykuje czasem na tym traci, ale na szczęście sporo materiału się broni.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x