E.M.M.A – Blue Gardens
Słuchając debiutanckiego albumu E.M.M.Y, wspomnieniami sięgałem początku lutego. Wtedy to młody, prężny producent – Applescal wydał Dreaming In Key. Obydwoje zaczynają z niemal tego samego miejsca, mając podobną wrażliwość muzyczną. Tworzą muzykę techno z odrobiną subtelności, w której w Blue Gardens uświadczymy jeszcze więcej.
Jest w tej płycie coś mrocznego, co każe trochę ukierunkować muzyczny azymut w stronę Witch House’u. Całość przypomina oOoOOO, ale tylko troszeczkę. Kierunek dobry, (używając nocnych skojarzeń: północny), jednak jeśli podążać według konkretnych stopni, tu już trafiamy na trochę inną wyspę.
Taneczną wyspę! Choć nie było to dla mnie z początku wcale takie oczywiste. Skojarzenia z Burialem nasuwają się same, po usłyszeniu charakterystycznych powtarzanych dźwięków. Brakuje tu zawrotnego tempa, czegoś, co każe skojarzyć ją z nieustannym przemieszczaniem się. Liczne stukotania i przeszkadzajki nadają rytmu onirycznym melodiom. To płyta stworzona do zmysłowego tańca, niezbyt szybkiego, a jednocześnie niezwykle rytmicznego.
Zaskakuje konsekwentny producencki sznyt, dzięki któremu płytę łyka się od początku do końca. Tu nie ma pudła. Album orbituje pomiędzy dancem a ambientem, a granica jest tutaj tak nieostra, że czyni to Blue Gardens albumem interesującym.
Szkoda tylko, że płyta ta, została właściwie niezauważona. Dziwię się, zwłaszcza, że lipiec wyjątkowo nie obfitował w zbyt wiele ciekawych pozycji w porównaniu do (ciekawego do tej pory) roku 2013.





