Jackson and His Computerband – Glow
Wiele dzieli drugą płytę Jacksona Fourgeaud’a od debiutu. Dawne czasy: minęło już osiem lat, wspominać co zbytnio też nie było, bo w zabawę polegającą na psuciu i urywaniu sampli bawiło się już wielu. Jackson wtedy nie poległ, ale też czuł się w swoim motaniu niepewnie, całość bardziej przypominała wprawkę niż muzykę z prawdziwego zdarzenia. Eksperymentowanie w stylu – „coś kombinuję, ale nie za bardzo wiem, do czego zmierzam” – taki w moich uszach jest debiutancki Smash.
W swoim drugim podejściu Jackson zaserwował już w pełni świadomą zabawę. Znów mamy gamę psutych nagrań – ale w niekonwencjonalnym stylu. Nie ma tu już łatwizny ‘wezmę pięć sampli i z ich urywkami stworzę melodię’. Jest za to prawdziwy luz i muzyczny humor. Humor, który opiera się na sposobie modulowania melodii i sprawianiu wrażenia popisywania się dźwiękami – „teraz użyjemy pianina i cymbałków, a potem dajemy z syntezatora!” – powiedział Jackson majstrując przy swoim ‘komputerowym zespole’. Wszystko to bez wrażenia słuchania dźwięków z przypadku.
Przesterowany do granic przyzwoitości wokal w pierwszym: Blow doskonale zapowiada z czym mamy do czynienia. Fourgeaud żongluje tempem i dynamiką utworów – rozróżniam celowo te dwa pojęcia, bowiem niektóre indeksy to granie tych samych akordów na krzyż z momentami na przerwy i ponowne wybuchy. Ta jednorodność kilku kawałków, szczególnie w drugiej połowie albumu to podstawowa wada płyty. Bloodbust, Arp1, Pump i More zlewają się w jedno – przy czym ten ostatni jest najjaśniejszy punktem takiego grania – More jest stworzony z najbardziej złożonych dźwiękowych pętli: próba rozszyfrowania dźwiękowego schematu jest w tym przypadku najbardziej ciekawa.
Znana i lubiana (przez wielu) wytwórnia Warp, dała producentowi kredyt zaufania z którego ten w końcu się wywiązał. Pozbawiona nieco cech charakterystycznych płyta doskonale wyraża jednak – właśnie dzięki temu – filozofię grania tej wytwórni. To jest typowo ‘Warpowska’ płyta. A, że nie przejdzie do historii? To nic. Ważne, że ktoś się dobrze bawił.
P.S: Dolne pasmo na Orgisteria to mistrzostwo świata. Przy niezłym nagłośnieniu czuć efektowną wibrację w pomieszczeniu, tak jakby bas nie wypływał z głośników, tylko z innego źródła.





