Outfit – Performance
Wpis archiwalny z 2013 roku.
Próby zakwalifikowania kwintetu z Liverpoolu przysparzają nieco trudności. To muzyka będąca czymś pomiędzy. To słowo wystarczy, ponieważ ich granie polega na swoistym balansowaniu.
Nie, żeby Outfit odkrywali Amerykę. Wokal posiada łagodność Davida Gilmura z Pink Floyd. Wokal połączony jest niekiedy ze specyficzną głębią bliską Davida Gahana z Depeche Mode. Tworzy to niesamowity klimat. Deklarowana na Facebooku inspiracje Brianem Eno oraz Talking Heads, są sporą podpowiedzią. Słychać tu ducha tego pierwszego. Klimat płyty opiera się na subtelnej, intymnej aurze – a zarazem – co się chwali, ma w sobie w sobie radiową lekkość.
Album powstał w wyniku inspiracji starociami. Jednocześnie nie ma tu produkcyjnego imitowania, znanego z nurt chillwave, czy płyt takich jak (opisywany tutaj) Foxygen, lub Tame Impala. Przy tym jest niezwykle spójny a zarazem różnorodny. Podróż od radiowego brytyjskiego rocka, poprzez senno –industrialny klimat (house of fire), kołysanki a’la wczesny Gahan (tytułowy performance), do snu o podrzędnym klubie 80s, z konfetti na podłodze (spraypaint) No i w końcu – mamy urzekającą ‘poranną oniryczność’ rodem z Memory Tapes „Seek Magic” (Thank God I Was Dreaming), oraz dwa pozostałe indeksy, na których Outfit wydają się być najbardziej sobą – jest to mieszanka, której trudno się oprzeć.
Jest to album tak zwiewny i lekki, że po tygodniu mogę zapomnieć o wszystkich indeksach. To tak jak z przyjemnymi snami. Rano jeszcze o nich pamiętamy. Później sny ulatują bezpowrotnie. Taki właśnie jest Perfomance. Płyta, z której rozstaniem cały czas się ociągam. Kojarzy mi się z błogim porankiem, po miłym śnie. Bardzo udany debiut! Wróżę owocną karierę. Mam nadzieję, że nagrają kilka bardzo dobrych płyt. Mają ogromny potencjał.
Sprawdź też recenzję Money – Shadow of Heaven





