Okładka albumu

Arctic Monkeys – AM (Recenzja)

Jest to wpis archiwalny napisany w 2013 roku.

Do czasu omawianej płyty, Arctic Monkeys było innym zespołem. Młodociany rock z debiutu, zagrany jest z energią, dzięki której zyskanie grona sympatyków było dość uzasadnione. The View From The Afternoon, czy I Beet You Look Good In The Dancefloor, to kawałki z niespotykaną ikrą. Jednak w zestawieniu z jednorodnymi sąsiadami trochę płowiały. Późniejsze albumy zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Jednak – oho! – na poprzedniku (Suck It And See) wokal Turnera dojrzewa, śpiewany dwa tony niżej. Na AM jest jeszcze bardziej plastyczny. Pochmurna powaga zastąpiona jest tutaj dziarskim uwodzicielstwem. Wzmacniane jest on przez – kluczowe dla całej płyty – męskie chórki, zmiękczające niebanalną melodyjnie muzykę, do standardów radiowego przekazu.

Nowa jakość!

Lider Queens of the stone Age, (który pojawia się na dwóch utworach) udzielił na ucho Turnerowi kilku dobrych rad i kazał powtórzyć je reszcie. Pierwsze sekundy AM brzmią jak QotSA, z ich charakterystycznymi niskimi gitarowymi riffami. Alex Turner śpiewa niezwykle płynnie, nie uświadczymy tu (wszechobecnego niegdyś) wokalnego dukania i jednorodnego akcentowania sylab do potrzeb melodii. Turner śpiewa zazwyczaj nisko, co dodaje brzmieniu niebywałej gracji i męskości. Homme* ma rację – to seksowny album.

Muzycy dobrze przemyśleli konstrukcję albumu. Mamy tu klasyczny wręcz rockowy styl, z tradycyjnym (lecz nie banalnym!) stopniowaniem napięcia, (Arabella), popis nowej Turnerowej płynności (One For The Road), nietuzinkowy rock z domieszką R’n’B jako otwarcie albumu, lekki humorystyczny, z ciekawym zwrotem akcji w czasie 2. 08s Knee Socks; o ile Turner przypomina w tym kawałku trochę Robina Williamsa, to już jest nim w siedemdziesięciu procentach na Fireside (co bynajmniej żadnym przytykiem nie jest). Zwolnienie tempa w No.1 Arthem i urocza fraza:
„Come on, come on, come ooooooooon”.

….

Podsumowanie recenzji Artic Monkeys AM

Wiecie, można nie lubić koniaku, ale jeśli ktoś zaprasza nas na spożycie dobrej marki (dajmy na to) Hennessy Richard, nie możemy być obojętni. Tak właśnie jest z tym albumem, należy do gatunku za którym nie przepadam, ale stanowi jego wybitnego przedstawiciela. Zdecydowanie ich najlepsza płyta! Taki właśnie powinien być mainstream.

*Josh Homme – lider Queens Of the Stone Age

Sprawdź recenzję płyty Granta Hart – The Argument

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x