Braids – Flourish // Perish
Ich debiutancki krążek to dla mnie mnóstwo miłych wspomnień. Niezwykły, dziewczęcy wokal Raphaelli Standell-Preston połączony z dopracowaną w najmniejszych szczegółach produkcją jest niezwykle intrygującym połączeniem. Rozmyte urywane dźwięki, pogłosy ze znakomitą stereofonią, specyficzny miękki bas – wszystkie wymienione efekty sprawiały wrażenie, że oto właśnie nurkujemy w wodzie. A przy okazji – jesteśmy w bardzo głębokim śnie. Kanadyjskie trio wypracowało własny styl, którego trzymało się przez cały album. Połączenie ambientu z piosenkową formą, którego ukoronowaniem był tytułowy utwór – to były świetne rzeczy.
‘Dzisiejsze’ Braids to lżejsza wersja samych siebie. Jeśli użyć porównania do snu – to już płytszego. Choć jedno się nie zmieniło: produkcja to nadal światowa czołówka, może tylko odrobinę ustępująca znakomitemu pod tym względem debiutowi. Z tego względu warto odsłuchiwać Braids na (jak najlepszych) słuchawkach. Można wtedy w pełni docenić cudowne pozycjonowanie dźwięku, na którym (w ogromnej mierze) opiera się urok tej muzyki.
Na płycie (podobnie jak na debiucie) znajdziemy zarówno utwory, oparte na ciągłej repetycji jednej melodii, jak i dwu, lub trzy częściowe, zależne od siebie konstrukcje, których najistotniejszym elementem jest wokal. Swoistym połączeniem tych dwu szkół, jak i ukoronowniem albumu jest In Kind. Wokalistka daje tu największy popis w swojej karierze! Utwór toczy się bardzo zaskakująco – nieustanne zmiany temperamentu wokalu*, potem cudowne wokalizy Raphaelli, połączone z energicznymi wybuchami; wszystko to razem wzięte stanowi wielki pokaz kobiecej żywiołowości.
Wisienką na torcie w tym zestawieniu jest stricte radiowy (lecz również miły dla ucha) Jordan. Po nim następuje środkowa część albumu, na której zespół zjada własny ogon – okazuje się, np. że można zrobić dwa niemal identyczne utwory na tej samej płycie, udające inne. Przymknę jednak na to oko i stwierdzę, że zapewne tak wyszło z chęci zaprezentowania pewnej wizji brzmienia.
Jeśli jeszcze nie słyszałeś tego tria ta płyta stanowi doskonałą okazję. Dosłownie i w przenośni nie jest to skok na tak głęboką wodę, jak debiut. Lekkość połączona z eksperymentem, to rzadkie połączenie. Cieszy, że zespół tym razem nie pogubił się przy tworzeniu bardziej nieszablonowych utworów. Chociaż sam, podczas słuchania tęsknię za unikalnym klimatem debiutu, a Native Speaker uważam za album ciekawszy: na rozpoczęcie przygody Flourish // Perish nadaję się lepiej.
Na koniec mała uwaga: muzyka Braids opiera się na pewnym zróżnicowaniu, więc dwa polecone utwory różnią się od siebie diametralnie. A są to:
In Kind —> http://www.youtube.com/watch?v=2xLQA1gTWbM (wersja nie posiadająca wstępu, który jest w wersji albumowej. W sam raz na pierwszy odsłuch.
Amends —> http://www.youtube.com/watch?v=XCRWxw0M1sw
Piękna okładka, prawda?
*Wiem, że brzmi to dziwnie





