Okładka albumu

65daysofstatic – Wild Light

Recenzja 65dayofstatic – Wild Light- napisana 23 września 2013 roku.

Wild Light – 65daysoftstatic stanowi mój pierwszy kontakt z tym brytyjskim zespołem. Niemożność odwołania się do pozostałego dorobku grupy, ma oczywiste wady, których nie muszę wyjaśniać. Każdy desperat, w takich wypadkach wmawia sobie jednak, że „w tym szaleństwie jest metoda” – uważajcie na to zdanie, bowiem to znak, że ktoś stwierdzi coś na opak…

Powiedzmy, że znajomość wyłącznie Wild Light, sprawia, że podchodzę do tej płyty na zasadzie czystej kartki.

Kilka słów o koncepcie albumu 65daysofstaticWild Light

I tu pojawiają się schody…

Jak określić główny koncept płyty, którą można określić jako skrzyżowanie Mogwai, z Alphex Twinem oraz Fuck Buttons? (i cholera wie czego jeszcze)

Schodzimy!

Wild Light jest płytą w której ogromną rolę odgrywają pauzy. Od króciutkich milisekund, do kilkunastosekundowych przerw – są to chwile poświęcone na przewinięcie materiału i zagranie go jeszcze raz. „Mocniej! Dobitniej! Sekunda, następna przerwa, tu trochę zbastujemy… A teraz już kompletnie z pompą.”

Co za tym (poniekąd) idzie mamy tu zasadę mieszania tempa, oraz ciepłego z zimnym. Transowa elektronika, kontra potężne gitary. Hałas przeciwko subtelności i intymności pianina. Reguły, które wydają się być ustalone w kilku indeksach nie obowiązują ściśle we wszystkich. Niewinne rozpoczęcie w „Taipei” kończy się patetycznym rozbuchaniem, dodawaniem kolejnych motywów. I chociaż zasada kontrastu dalej tu obowiązuje – jesteśmy wodzeni za nos klamrą, a przecież w większości utworów jest inaczej! Inne niż pozostała część płyty jest też zakończenie albumu w „Safe Passage” – choć tutaj intencje twórców rozumiemy już od pierwszego przesłuchania. Jest to rodzaj chwytania za serce, który każdy fan post rocka kocha lubi i szanuje. Nie ma to jak podniosła melodie na koniec.

Charakterystyka brzmienia Wild Light

Wszystkie niuanse, sprawiają, że nie jest to płyta łatwa. Mimo, że nie ma tu nic nowego, wiemy, że kompozycje tworzyły osoby, świadome tego jaki ma być końcowy efekt. A jaki jest?

Zespół używa kontrastowych środków, dzięki którym atmosfera jest niedookreślona, tajemnicza, duszna. Tworzona, przez gamę drobnych, niepokojących dźwięków, które słyszymy gdzieś ‘na boku’, skutecznie rozpraszane przez gitary i pianino. Zdaje się, że istotą płyty jest ciepło jakie przekazują sobą te instrumenty. W jaki sposób rozpraszają zimną elektronikę i surowy rytm perkusji. Brzmi to nieco pretensjonalnie, ale przecież muzyka, to sztuka oddziaływania. Kiedy zaś słychać bardziej improwizowane dźwięki instrumentów akustycznych zestawione z programowanymi, uderzane są czułe struny.

Zeszliśmy na sam dół. Ciemno tu jak nie powiem gdzie, ale za grubą ścianą, ktoś gra melancholijny i tęskny motyw, zaś chwile później ściany trzęsą się jak wulkan od potężnych dźwięków gitar. Pod ich wpływem cegły kruszą się i pękają, a my widzimy oślepiające, dzikie światło…

Utwory:

Safe Passage —-> http://www.youtube.com/watch?v=V480DQCRSJ0

Przeczytaj również recenzję E.M.M.A – Blue Gardens

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x